O I solo ment - subiektywnie

styczeń 16th, 2010 Anna Królica

Na Międzynarodowych Spotkaniach Teatrów Tańca w Lublinie w roku 2007 po raz pierwszy zetknęłam się z twórczością Ann van den Broek, a dokładnie z jej spektaklem Co(te)lette. Wspominam o nim nie bez przyczyny, wywarł na mnie bowiem duże wrażenie, więc kiedy pojawiła się informacja, że i tym razem – w roku 2009 - wśród zaproszonych spektakli znajduje się praca Ann van den Broek - od razu I solo ment stało się dla mnie najważniejszym przedstawieniem lubelskich Spotkań.

Fabułę I solo ment da się opowiedzieć bez większego problemu – to historia pewnej miłości, w której finale ukochany mężczyzna umiera. Spektakl Ann van den Broek zaczyna się właśnie od tego momentu, staje się więc retrospektywnym spojrzeniem.

Bezimienna postać kobieca znajduje się w centrum osi narracyjnej spektaklu. Pierwsze jej zetknięcie z widzami ma miejsce podczas opłakiwania przez nią ukochanego mężczyzny. Spektakl rozpoczyna scena ich ostatniego pożegnania, jej twarz krzywi się w spazmach stłumionego bólu. Celebruje obmywanie jego ciała. Jeszcze należy ono do niej, jeszcze dłonią obrysowuje jego kontury. Jednak ciało martwego mężczyzny zaczyna reagować na dotyk i mu się poddawać. Mężczyzna ożywa - w pamięci kobiety. Przywołuje ona wszystkie ich wspólne - a zarazem indywidualne - przeżycia i wspomnienia. Jeśli tak jest w istocie rzeczy, mielibyśmy tu do czynienia z choreografią subiektywną. Można by ukuć taki termin na potrzeby chociażby tylko tej jednej choreografii van den Broek. Sam termin można wyprowadzić analogicznie od tzw. dramatów subiektywnych, tworzonych na przykład przez Strindberga. Choreografka w spektaklu celowo posługuje się estetyką ekspresjonistyczną. Z kolei wybór subiektywizmu jako sposobu przedstawiania doskonale nadaje się do prowadzenia narracji z pozycji „ja” wspominającego, w którym teraźniejsze zdarzenia będą płynnie przechodziły w wizje i wspomnienia opowiadającego podmiotu. Obrazy wytwarzane w spektaklu I solo ment za pomocą tańca i działań wykonawców odpowiadają narracji werbalnej w literaturze. Kolejne sceny wprowadzają na poziomie narracji pętlę czasową, by widz mógł poznać relacje łączące pogrążoną w żałobie kobietę i zmarłego mężczyznę. Powtórzona „od końca” historia nie jest jednak doprowadzona do momentu obmywania zwłok, kończy się wcześniej. Nie ma wyjaśnienia przyczyn zgonu mężczyzny, opowiadanie po prostu urywa się, pozostawiając widza z nierozwiązaną zagadką. Zwrot ku przeszłości obejmuje pozostałą cześć przedstawienia. Fragmentaryczność tej plątaniny skrawków wspomnień jest podkreślona przez charakterystyczne dźwięki, kojarzące się z odgłosem migawki aparatu fotograficznego, przeskakują one - jakby odgraniczając kolejne mikrohistorie w pamięci kobiety.

Skrajny subiektywizm staje się metodą porządkującą relacje i stosunki pomiędzy głównymi postaciami także w materii choreografii, a poza tym doskonale dopełnia ekspresjonistyczne intuicje i kontekst. Sposób eksponowania ciała w ruchu odsyła do ekspresjonizmu. Większość gestów tancerzy jest jakby malowana grubą, łamiąca się i przede wszystkim wyraźną kreską. Światło izoluje ciała. Wszystkie te malarskie czy filmowe chwyty znane są od czasów ekspresjonizmu, podobnie jak akcent położony na subiektywne doświadczanie i bardziej wizyjny niż realistyczny sposób przedstawiania.

Minimalizm emocjonalny

Zgadzam się z opinią Isabelli Steenbergen, opublikowaną w czasopiśmie „Theater Maker” - że charakter twórczości Ann van den Broek można określić jako „minimalizm emocjonalny”. I tak w I solo ment tancerze zachowują pozorny spokój, emocje wybuchają raczej po stronie widzów, mimo że w materii choreograficznej rozgrywają się wydarzenia o niezwykłym natężeniu dramatycznym. W ruchu również został pozostawiony ślad po tych namiętnościach, choć najczęściej jest on stłumiony. Każdy gest tancerzy van den Broek – jest wyeksponowany i naznaczony niemal teatralną wyrazistością, szczególnie w kreacji prowadzonej przez Cecilię Moisio. To ona jest cierpiącą Madonną. Mężczyzna, Dario Tortorelli, funkcjonuje w innym świecie, w jej wspomnieniu. Jego partie choreograficzne cechuje jednorodność pod względem rezerwuaru figur. Najczęściej mężczyzna wykonuje ruch jakby grał na perkusji. Język muzycznych gestów staje się jego domeną i wytycza granice jego przestrzeni, do której ona nie ma dostępu. W porównaniu do roli Cecilii Moisio postać mężczyzny jest znacznie mniej psychologicznie zniuansowana. Łączy jednak ich jednak coś szczególnego, czego w pełni nie da się nazwać. Może przeznaczenie? W jednej ze scen ta ich specyficzna więź zostaje podkreślona przez równoczesne, symboliczne zastosowanie tej samej barwy w kostiumie. Kobieta wkłada zieloną bluzkę, a mężczyzna w tym samym czasie maluje sobie ucho zieloną maścią. W symboliczny, ale także ostentacyjny sposób, zostaje podkreślony fakt ich naznaczenia, specyficznego przyporządkowania sobie.

Świat tych dwojga jest silnie spolaryzowany - dosłownie tak, jak podpowiada tytuł: I solo ment - co można by przetłumaczyć jako ‘Miałam na myśli solo’ - jeśliby doprecyzować dwuznaczność istniejącą w języku angielskim, dotyczącej płciowości podmiotu. Kto wyraża swój pogląd - kobieta czy mężczyzna? Trzymając się mojej linii odbioru choreografii subiektywnej – głos powinien należeć do kobiety, kreowanej przez Cecilię Moisio.

W każdym razie, w spektaklu mamy choreografię ułożoną na dwie osoby, wprowadzona zostaje tu gra pomiędzy solowym układem a tańcem w duecie. I mimo że na scenie występuje dwójka wykonawców, taniec ich nie przypomina w żadnym razie duetu. Najczęściej, poza scenami erotycznymi, wszystkie kompozycje ruchowe odgrywane się w izolacji, nie dochodzi nawet do dotyku, a o partnerowaniu nawet mowy nie ma - pomiędzy wykonawcami zawsze jest pusta przestrzeń. Tancerze funkcjonują i tańczą osobno, nawet jeśli oddziela ich ciała zaledwie metr odległości, wydaje się, że siebie nie zauważają. Kiedy indziej ich rozłączność podkreślona jest w sposób formalny - scena zostaje przedzielona na połowę. Każda z wydzielonych przestrzeni należy do jednego z nich. A zatem mają wbrew liczbie dwa, rzeczywiście ułożone solowe wstępy. Jednak tytułowe solo może odnosić się nie tylko do formy tańca, choreografii wykoncypowanej z myślą o jednym czy dwóch wykonawcach. Może również dotyczyć mentalnego stanu opuszczenia, samotności. Związek, w którym są bohaterowie ma znamiona układu, w którym jedynym punktem ich konfrontacji fizycznej jest moment cielesnego zespolenia podczas aktu seksualnego.

Seksualność, o której opowiada Ann van den Broek w kontekście swoich postaci, ma w sobie coś niepokojącego. Wprowadzona zostaje asymetria w układzie pomiędzy kobietą a mężczyzną, kiedy wszystkie sceny erotyczne. Cecilia Moisio gra rozebrana do naga, Dario Tortorelli pozostaje kompletnie ubrany. Wprowadza to chcąc - nie chcąc element opresyjności i dominacji w ich układ. Jest jeszcze jeden argument, mogący dowodzić, że jednak w tym akcie miłosnym dochodzi do uprzedmiotowienia kobiety. Świadczyć miałby o tym, powtarzający się gest opuszczania mężczyzny przez kobietę w trakcie uprawiania seksu. Kobieta, dosłownie, wysuwa się spod rytmicznie poruszającego się ciała dominującego partnera, który nie zauważa jej zniknięcia w żaden sposób i nie reaguje na nieobecność. Jego ciało niezmiennie, w tym samym rytmie, porusza się. Kobieta odchodzi, ale po chwili powraca do wcześniejszej kompozycji, w których zostały ustawione ich ciała.

Nagość kobiety w połączeniu z realistycznym odgrywaniem aktów seksualnych oraz równie nieprzystający do tej sytuacji pełen ubiór mężczyzny - powoduje ponownie przywołanie w pamięci wcześniejszego spektaklu Ann van den Broek - Co(te)lette. Nie bez przyczyny jego tytuł fonetycznie kojarzy się - po prostu - z kotletem, mięsem. A ponieważ przedstawienie na wielu poziomach porusza zagadnienie kobiecej cielesności i seksualności, sugeruje to potraktowanie kobiety jako ciała-mięsa. Spektakl jest chwilami okrutny, epatujący mocnymi scenami, w których ciało jest nie tylko obnażone, ale i wystawione do oceny, celowo poniżane w kontekście męskich pragnień i fantazji erotycznych. Takiego bezpośredniego i wstrząsającego przekazu jeszcze na lubelskim festiwalu nie było. W jego strukturze projektowany widz znajdował się w pozycji voyeurysty, nie mógł być po prostu widzem, którego nie dotyka przedstawiany problem, ponieważ automatycznie stawał się wpisany w dramatyczną wypowiedź tancerek-kobiet. Tym razem, w I solo ment przy śmiele rozgrywanych scenach erotycznych ponownie powraca poczucie uczestniczenia w intymności, do której się nie ma prawa.

I solo ment Ann van den Broek ma sobie pewną wzniosłość w sposobie ujmowania relacji, rozumianych jako uczucia, pomiędzy postaciami. Możliwe, że ukazanie tej historii w perspektywie śmierci jednego z bohaterów nadaje jej szczególne znaczenie. Trzeba jednak zaznaczyć, że nie ma w niej niczego z taniego love story, mimo że spektakl tematycznie właśnie oscyluje wokół tego schematu - jest historią pewnej miłości, nieszczęśliwej – bo przerwanej przez śmierć. Może na tym polega geniusz niektórych artystów, że opowiadając proste historie - wszystkim znane i wcale nieoryginalne, potrafią odkryć w nich coś, co zmienia widza. Ann van den Broek ma ten dar.

Artykuł z działu: _inne informacje, Recenzje, Newsy

Możesz skomentować ten artykuł

Required

Wymagany, niejawny.

Dozwolone znaczniki HTML:
<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <code> <em> <i> <strike> <strong>