O miłości bez patosu - Couple-like

grudzień 26th, 2009 Anna Królica

liebespaar.jpgW lipskim muzeum sztuki znajduje się obraz Liebespaar (Kochankowie) Otto Muellera, niemieckiego ekspresjonisty – niewiele ma on właściwie wspólnego z przedstawieniem Couple-like. Nie był ani pośrednią ani bezpośrednią inspiracją dla Keren Levi i Ugo Dehaesa, wykonawców i zarazem choreografów spektaklu. Możliwe że oni w ogóle o istnieniu tego płótna nie wiedzą, a może przeciwnie - znają je i cenią. Trudno powiedzieć. Jest jednak coś, co łączy choreografię i obraz, pewna wspólna jakość, pewna prostota i zwyczajność w okazywaniu sobie uczuć. Radosna i zarazem młodzieńcza miłość. Może pierwsza, a może ostatnia. Na obrazie twarze kochanków zachodzą jedna na drugą, tracąc wyrazistość i odrębność konturów. Dwa ciała płynnie przechodzące w jeden kształt. W efekcie na obrazie przedstawiony zostaje nieforemny twór, połączony wspólną twarzą, z odrębnymi korpusami. Kolory ubrań wyraźnie wyznaczają granice ciał, i na płótnie widać tylko spodnie kobiety, mężczyzna stoi za nią, jego nogi giną za jej ciałem, biodra kobiety zasłaniają je. W pewnym sensie podobna zasada fizycznego dopełniania się przyświecała twórcom choreografii Couple-Like, prezentowanej podczas tegorocznego festiwalu Ciało/Umysł.

Pierwszy wykreowany obraz sceniczny, podczas przedstawienia duetu Keren Levi i Ugo Dehaesa, ma nieco inny charakter niż realizacja pomysłu płótna Muellera Liebespaar. Mamy bowiem dwie twarze, dwa korpusy i także jedne wspólne nogi kochanków jakby wspólny pień. Metafora drzewa o rozłożystych gałęziach-korpusach, rozchodzących się przy koronie - momentalnie pojawia się sama. Dwa pozbawione tożsamości ciała będą zmagały się z formą, tak by jedno stało się przedłużeniem drugiego, a później na odwrót, aż nagle zostaną odseparowane. Marcin Świetlicki, krakowski poeta, trafnie ujął warianty przestrzenne, w jakich generalnie mogą pozostać kochankowie. Bardzo ogólnie rzecz ujmując jest ich trzy - „kobieta na mężczyźnie, mężczyzna na kobiecie oraz kobieta i mężczyzna przedzieleni światłem”. Wyobraźnia Keren Levi i Ugo Dehesa drąży i rozwija każdą z trzech wymienionych relacji przestrzennych. Dla nich wariantów współgrania ciał jest znacznie więcej. Wydaje się, że ich imaginacja jest bogatsza - w efekcie powstanie szereg kombinacji, stymulowanych również oddechem, przekazywaną energią wykonawców. Ułoży się on w czterdziestominutowy duet o miłości, o fizyczności ciała albo o dwóch masach, wprawionych w ruch i wchodzących w kinetyczne interakcje. Każde z tych odczytań może być prawdziwe. Oczywiście, prowadzony wspólnym oddechem, czasem dźwięcznymi oznakami wysiłku, westchnieniami, damsko-męski twór sugeruje, że rzecz dotyczy kochanków, tym bardziej że ich energia i emocje rozwijają się, aż do kulminacji, która jest najpierw brutalną reakcją na ciało drugiego, aż do odejścia, rozstania. A później wspólny namiętny taniec aż po turlanie po kole wtulonych w siebie, zlepionych ciał jakby pogodzenie. Bardziej zmysłowe czy zabawne? Znów brak jednoznacznej odpowiedzi. I ponownie powrót do pionu - budowania relacji na dwóch nogach, nie - już czterech nogach, na wspólnym oddechu i energii.

Fizycznie ciała te są odmienne. Mają różne proporcje, męskie jest większe i dłuższe, kobiece mniejsze, bardziej korpulentne. Ubrani są podobnie, raczej zwyczajnie w t-shirt i spodnie. Na scenie nie ma żadnych rekwizytów i ten stan rzeczy nie zmieni się do końca spektaklu. Obserwować widz ma bowiem, tylko ciała i ich interakcje nakierowane na siebie. Ciała, mimo że pozbawione są w pewien sposób tożsamości, mogą być po prostu bezforemną masą płynnie powiększającą swoją objętość albo ją zmniejszającą. Jedyne, bowiem co je rozróżnia i daje zalążek wiedzy o nich, to płeć. Widzimy kobietę i mężczyznę, taki układ rzeczy, niejako narzuca fabularną linię interpretacyjną. Najłatwiej zobaczyć w dwójce tancerzy – parę kochanków i różne stadia ich relacji. Zatem może choreografia Couple-like wcale nie jest przejawem formalizmu, w której obiekty komponowane są w różne układy, może jest to rzeczywiście historia o porywczej miłości fizycznej, o różnych falach i natężeniach emocji. Generalnie ciała ze sobą współpracują, komponowane są w intymnych duetach na zasadzie bliskości. Tempo i intensywność kontaktu rozwijają się, do połowy spektaklu choreografia ma charakter progresywny. Kochankowie, Liebespaar szukają się, badają dłońmi, czy ich ciała idealnie wpasowują się w siebie, dopasowują. Po czym tworzą geometryczne kształty, kiedy ich ciała jak kilkanaście klocków można ułożyć w trójkąt. Przestrzenna rzeźba, w której ciało mężczyzny jest podstawą, a kobieta nad nim zgięta tworzy pozostałe boki figury trójkąta. Zabawa, której nie brakuje świeżości i wszystkiego, co wiąże się z energią młodości, ale także erotyki – odważnego anektowania ciała partnera, intymnej bliskości. Aż do kulminacyjnej sceny, do eskalacji emocji – odrzucenia, odepchnięcia. Odejścia, związanego z bólem fizycznym. Dotyk i nawet najmniejsze interakcje pomiędzy kochankami czy tylko ciałami - są jak uderzenia. Aż w końcu się rozchodzą, Nie na długo, jednak wracają, by znów w zgodnym rytmie, na jednym, wspólnym oddechu przeobrażać się w nowe kształty.

Bardzo interesujący pod względem formalnym porywający duet. „Kochaj mnie jak wariat, kochaj mnie świr” - śpiewa Renata Przemyk w jednym ze swoich utworów, i mimo że żadne słowa nie padają podczas choreografii Couple-like, to gdyby miały jakieś wybrzmieć, to zapewne byłyby to właśnie te. Jednak sami artyści sugerują inne motto, Lou Reeda, wokalisty rockowego - „Trzymam się ciebie, bo jestem z kleju” . Ugo Dehaes i Keren Levi pokazują nam duet o miłości, jest on, na szczęście, pozbawiony patosu.

Artykuł z działu: _inne informacje, Recenzje, Newsy

Możesz skomentować ten artykuł

Required

Wymagany, niejawny.

Dozwolone znaczniki HTML:
<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <code> <em> <i> <strike> <strong>